Dziewiątego dnia spojrzałam wstecz. Niby nic, a jednak coś. Słońce zachodziło, a czas wydawał się być szkicem życia, wyrysowanym gdzieś na ścianie. Wtedy ona powiedziała, że już nie umiem lśnić. Powiedziała to dość zwyczajnie, słodkim głosem. Że zmęczyła materiał. Zaśmiałam się i zapytałam, czy to się da przywrócić, ale ona nic odpowiedziała. Patrzyła na spadające liście, jakby to w nich kryła się odpowiedź. Zostawiłam ją samą na wzgórzu.
Byłam w wielu miejscach, przeszłam wiele dróg. I nigdzie nie ma domu. Wiele twarzy się rozmyło, życie toczyło się dalej. Sny odpłynęły jak statki, odjechały jak pociągi po torach. Amberowe światło tliło się, tak bardzo mdliło mnie wtedy. Stary żołnierz, który żył w ciemnym zaułku, mówił, że takie światło sprawia ogromny ból. Nie słuchałam go, spakowałam plecak i poszłam na przystanek. Gwiazdy spadały jak złoty deszcz fajerwerków. Patrzyłam na nie.
Żyję w świecie, który znam. A życie toczy się dalej.
Zmierzchało. Siedziałam przy Twoim grobie. Gitarę wyciągnęłam z cienkiej torby, bo nigdy nie kupiłam futerału. Spojrzałam w niebo, samolot odbijał światło. Ono niesie wiele opowieści, czy starczy mi na ten lot? Wiewiórki pojawiły się znikąd, Rude kitki, zawsze razem. Czuję, płynę, oddycham, odkrywam. Śpiewam dla Ciebie. Nie ma już miejsca na spojrzenia.
Wszystko się łączy z sobą, w trakcie czasu, który płynie jak kwarcowy strumień. Ludzie toną w lesie budynków. Ile razy jeszcze będę widzieć twarz w snach? To głupie wspomnienie, które nigdy nie odchodzi. A ja codziennie modlę się aby zbladło.
Czy jeżeli będę śpiewać dzień i noc, to zapomnę?
Wczoraj mój telefon dzwonił cały czas. Jeden dźwięk, jeden ton akustycznej gitary w dziwnym parku. Jak zwykle na motorze, kradłam wiatr. Księżyc rodził się nade mną, a ziemia była moim celem. Psy i lwy ruszają na Wenus. To denerwujące. Żółty, liczyłam który to już raz. Trzeci, tak na pewno trzeci. Otworzyłam oczy, był cienisty. Chyba śniłam na jawie. Popatrz mi w oczy, mruknęłam. Ale stałeś odwrócony plecami. Popatrz mi w oczy i powiedz.
Żółty, po raz trzeci taki był. Przestałam liczyć. Potem był cienisty, zwyczajny. Jak sygnał komórki. Codziennie i każdej nocy to samo. Przestałam się kontrolować. Bezsenność miasta, którego ulice były jak pulsujące żyły niebezpiecznego drapieżnika, kazała mi szukać pomiędzy nimi ciszy. Ton się zmienił. Jazz. Papieros.
Ton się zmienia, każdego dnia.
Za mną jest cień, który naśladuje każdy mój krok. Wszystkie obietnice stają się puste, a każdy palec wskazuje właśnie mnie. Znam was dobrze, jesteście częścią mnie. Nie chcę słuchać tego gwizdu, bolą mnie uszy. Czekam tak długo, aż omdleją wam ręce. Nie ma czasu.
Jestem tylko małą kłamczuchą. Małą idiotką. SKomplikuję twój sen, zaufasz mi i przegrasz. Wyniosę Cię w przestworza, a potem zrzucę. Przeżuję, wypluję. A potem napiję się Yerba Mater z ciekawego pojemnika.
Dlaczego nie można pić tego bez ustanku? Nie zaczynać wciąż od nowa. Być w narkotycznym stanie upojenia herbatą życia?
Znam Was, lepiej niż samą siebie, jesteście częścią mnie. Poddajcie się w końcu.
Mali chłopcy, wirtualni chłopcy. Małe zabawki, lśniąca stal. Wierzysz w sny? Pytam tak przypadkiem. Gdy czołgasz się korytarzem, spadasz w dół szybu. Ostro czysty, ostro ostry. Chcesz latać? Tej opcji nie ma w grze, ale zaimplementuję, obiecuję. Światło renderowanych promieni. Nowe słońce.
Jak to jest być wyznawcą srebrnego ekranu? Próbowałam. Podłączyłam do oczu podczerwień, a zamiast ust miałam mikrofon. Ładny, niewielki. Nie płakałam. To tylko gra, prawda? Biegniesz, strzelasz, zabijasz, chronisz, odkrywasz, uciekasz, zdobywasz. Nie mówisz do widzenia. Nie umierasz, nie żyjesz. Jesteś częścią tych złych czy tych dobrych?
Wolę chyba samochód, albo wiatr we włosach na motorze. Wolę blaski i cienie spojrzeń w duszę. Jeżeli to wszystko prawda, to kukułka z zegara zdechła dawno temu. Teraz leży w swoim drewnianym śnie i już nie krzyczy, że czas, że koniec.
Tylko godziny na ekranie mówią ile razy zatonęłam w VR.
Nigdy nie byłam dobrą krawcową. Zawsze kłułam się w palce, naklejałam plastry, bolało. Jednak nigdy nie używałam naparstka. Zawsze myślałam, że jak użyję to mój związek z igłą będzie zaburzony. I pewnie by był.
Któregoś wieczoru cerowałam skrzydła. Były spore, całkiem ładne. Trochę tylko brudne, rozdarte w paru miejscach, ale to nie był problem. Dobry proszek, trochę cierpliwości i będą jak nowe. Przymierzyłam. Leżały ładnie. Powoli oczyszczałam każde piórko, aż w końcu były białe jak śnieg. Oddałam Ci je. Nie widziałam, czy się uśmiechnąłeś, czy miałeś swoje, a te przyjąłeś jako dość kuriozalny prezent. Ale patrząc na pokłute palce pomyślałam, że nawet gdyby to i tak było warto.
Co wieczór oglądam swoje pod światło, a pod ścianą leży wiele par nad którymi trzeba pracować.
Mówią, że niebo to nie wszystko. I że kiedy dotrzesz tam to zobaczysz tylko kolejny błękit. Podobno to nie wszystko, bo gdy je znajdziesz zagubisz się w nim. W niebie są marzenia, ale jest ich za mało. Zgubią się w chmurach.
Gdzieś wszystko jest niczym, widać tylko rzeczy, które chce się widzieć. Unoszę się, na wyższy plan, wyższy stan. Odpływam, tęsknię, oddycham... zapominam.
I niebo to kłamstwo, bo nie pamiętam w nim przestrzeni czasu. I to nie wszystko. Myślisz, że osiągnąłeś raj, a to? Wykorzystuje Cię.
Bo nie potrafiłeś płakać, bo się odwróciłeś. Nie poznałeś ostatecznego wyniku, nie poczułeś bólu. Bólu, który był pozostawieniem wczoraj na rzecz dzisiaj. W innym życiu, z innymi imieniem. Oddałeś wszystko za wspomnienie, ciche kłamstwo. Jak to jest, dotknąć twarzy chłodu?
Tym razem ja nie znam wyniku, ale znam ból pozostawienia wszystkiego z wczoraj. Gdybym umiała płakać i gdybym umiała żyć naprawdę. Jeszcze nie teraz.
Do widzenia niebo.
Kopię swój grób aby poznać poziom, na którym wynikła ze mnie świadomość. Łopatą uderzam w ziemię, zimna. Kolejna dziura prowadząca do środka ziemi. Kopię w rytmie syren karetek i dzwonów kościelnych. Nie wpychaj mnie tam jeszcze, jest za płytko.
Podobno nerwowe ruchy pokazują jak bardzo ktoś jest słaby. Co na to miliony Japończyków, którzy poruszają się płynnie tylko w rytmie Tai-chi?
Blada zjawo, jak Hrabia Drakula. Może jednak przełożymy odwiedziny na inny dzień? Dzisiaj audiencję ma u mnie zastęp dzikich bestii, diabłów szalonych z miętówkami w dłoniach. Obiecują mi zbawienie, za dożywotnią prenumeratę pisma o spokoju sumienia. Wykupię, jak skończy mi się poprzednia.
Jestem ciekawa co na to miliony Japończyków, pewnie też wykupią.
Wszyscy odchodzą od marzeń, zawsze ciekawiło mnie dlaczego. Mówią, marzenia powodują ból, który wydaje się być niespokojny w swym cierpieniu. Jak anioły na sznurkach, nakręcane zabawki, mechaniczne pozytywki z czasów PRL. Podobno najlepiej odejść od marzeń cichcem. Wycofać się jak złodziej w nocy, lub jak szpieg z czasów Jamesa Bonda. Ale ja naprawdę bardzo nie chcę abyś odchodził od tych snów.
Na początek trzeba wszystko odwrócić, wywrócić, przewrócić. Najlepiej na drugą stronę, tak jak się pierze jeansy. Potem nałożyć na talerzyk bezę, którą najlepiej je się łyżeczką, bo widelczyk ma trzy ząbki i można sobie zrobić krzywdę. Nie lubię widelców, które mają cztery. Statystyka mówi, a matematyka nie kłamie, że jest większe prawdopodobieństwo zjedzenia własnego serca w ten sposób.
Jak już marzenia zacisną swoją pętlę na Twojej szyi, to kopnę krzesło na którym stoisz. Nie wiem czy będzie bolało, nigdy nie próbowałam udusić się snami. Zostawię Cię wiszącego w swojej krainie nie działających zegarów, oparów przezroczystego dymu z cygaretek i kolorowych kropek gdzieś na ścianie.
Też kiedyś się powieszę na sznurze z marzeń.
- Bo TY to zaczęłaś. Bo to twoje kiepskie wytłumaczenie na próby owinięcia mnie sobie wokół palca albo innych podobnych wariacji. Co jest GŁUPIE. Jeżeli chcesz się kłócić, jedyne co musisz powiedzieć to "Pokłóćmy się". I wiesz co? Zgodzę się. Za każdym razem. Odpowiedź ZAWSZE będzie brzmiała TAK!
- Dlacz..
- A jeżeli masz ochotę mnie spytać dlaczego to przyrzekam na wszystko co święte na tym świecie, zamorduje Cię i zrobię z Twojej skóry torebkę. Tak dla zabawy.
Przez chwilę było całkiem cicho.
Podobno koniec jest blisko i nadejdzie niedługo. Myślę, że to prawda. W końcu zrobię sobie wakacje od tego cholernego cyrku. W tej dziurze nieskończoności, jedyny sposób aby to naprawić, to utopić wszystko w zatoce słów. Nie umiem pływać, czas się nauczyć.
I podobno kometa ma spaść z nieba razem z deszczem meteorów. Utworzy niepodzielne linie podziałów, które nie potrafią być stabilne. Wielki neon rozproszenia. Mama to wszystko naprawi. Mama to wkrótce odwróci i ustawi. Sprawi, że wszystko będzie takie, jak powinno być.
W uśmiechach gładkorękich aktorki dysfunkcjonalne. Ukryte agendy. A ja potrzebuję deszczu.
I fali pływów.
Nie pożegnałam się, nigdy się nie żegnam. Chociaż i tak uważają, że na pewno się starałam tylko zabrakło mi czasu. Chcieliby abym dzwoniła od czasu do czasu, aby sprawdzić czy żyją. Ale tego nie robię. Nie potrzebowali mnie jako mnie. Zresztą, czego się potrzebuje? Porannej kawy? A może papierosa? A może codziennej dawki słodkich słów? Nie było tego w tamtej umowie, którą i tak zerwałam znikając gdzieś w cyferkach. W umowie była jedna rozmowa tygodniowo, nie przekraczająca dwudziestu minut. Dwie, krótkie wiadomości tekstowe. Uśmiech raz na dwa tygodnie i miłe słowo raz na miesiąc. Za to słyszałam, że jestem ideałem. Prawda, że mało za takie poświęcenie?
Jest źle. Za późno, nie w porządku. Szkoda, że nie da się cofnąć czasu, którego nie ma. Pójść na spacer, porozmawiać. Tak zwyczajnie porozmawiać. Ale już za późno, zbyt źle.
Nie lubię mówić, wolę słuchać. Pewnie dlatego zerwałam umowę.
Miasto się rozpadło na kawałeczki. Trzeba uciekać, ale nie ma gdzie. Stłukłam wczoraj kulę ze śniegiem. Przecież wiesz jak ona wygląda. Potrząśniesz i cała kulka wypełnia się białym puchem. W środku jakiś widoczek, miasto, bałwanek, aniołek. A w mieście szybkie koty, wściekłe psy, kucyki przy bryczkach, ludzie eteryczni z uśmiechem na twarzy, wrony kraczące donośnie, pulsujące serca dzielnic. Zmieniłam tętniące życiem miejsce, w miasto duchów.
Młyn. Z wiatrakiem. Taki wietrzny. Obraca się zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Jeszcze działa? Wiatr z otwartego okna buszuje po miniaturowych pokojach. Wypłukuje spojrzeniem czujnego oka wszystkie ziarna wirtualnych zbóż. Podobno miłość jest tam za darmo. Zmieńmy się wszyscy w figurki i zamknijmy w szklanej kulce.
Wiatrak. Wszyscy obecni?
Zaprosiłam go do Korova Milk Bar. Usiedliśmy i patrzyliśmy chwilę na siebie nawzajem. Barman podał nam drinki, vellocet, synthemesc, drencrom i mleko. Nazywają je "Mlekiem z nożem" bo podobno potrafią wyostrzyć. Nie byłam pewna czy to taki dobry pomysł, wyostrzyć się, zaostrzyć apetyt, ale wątpliwości szybko minęły. Nie wyglądał jakoś szczególnie, prócz tej broni przy pasku, którą gładził jakby to była jego ulubiona zabawka. Uśmiechał się.
Szare dzwony, buty do trekkingu, czarny podkoszulek. I kurtka, ostro pomarańczowa. No cóż, lubił przyciągać uwagę. Ktoś mi mówił, że to wyjątkowo teatralna postać. Dać mu widownię a zrobi show jakiego nie widział świat. Dzisiaj to ja miałam być tą widownią. Jednoosobową, niezbyt uroczą i niezbyt podatną na jego uśmiech złego chłopca. Niecierpliwił się trochę, czekał aż Mleko z Nożem dostanie się do krwiobiegu. Kiedy zaczynało działać, spojrzałam na niego wymownie.
- A więc Chapel. Opowiedz mi o sobie.
Chapel wyszedł po godzinie. Tyle mniej więcej trwało jego przedstawienie dla mnie. Nie zaskoczył mnie, ani nie zachwycił. Ale także się nie nudziłam. Performance. No cóż. Za dużo pracy, za mało zabawy, zrobiło ze mnie nieciekawą widownię. Ale obiecałam mu, że się poprawię. Może jeszcze kiedyś wpadnie. Stanęłam za barem i zmieszałam kolejnego drinka.
Trochę nieszczęścia, pasji, żądzy, namiętności, prozaku, latte, mleka i zapachu potu, tuż po gorącej nocy. Kolejny smak z Korova Milk Bar. Nie mówiłam, jestem tam barmanką. Słucham opowieści, zbieram je w stosy, a potem mieszam z mlekiem. Smakują im, doprawione szczyptą tajemnicy i anonimowości. Przychodzą tu co noc. A potem wyruszają na ulicę, pełni zuchwałej młodości.
A ja poję ich Mlekiem z Nożem i czytam ich sny, jak bestsellery.
Rozmawiałam wczoraj z Barmanką. Zbierała się właśnie na swoją zmianę, od kiedy pamiętam nigdy nie miała wolnego. Nie brała nawet wolnego, nie chorowała. Dziwne, jakby była jakimś cyborgiem. Mówiła zawsze, że to drinki sprawiają, że jest odporna. Krytykowała mój nałóg picia kawy i palenia papierosów. Cała Jenny. Idealna barmanka, potrafiła mieszać smaki nienawiści i miłości. Poznała go niedawno, nie mówiła nic o nim. Ale wiedziałam komu przygotowywuje drinki za opowieści. Chapel. Przebojowy Chapel w pomarańczowej kurtce.
Przechodząc obok lustra stłukła je z premedytacją, twierdząc że i tak nie jest nam w domu potrzebne. No cóż, zawsze szukała powodu do kłótni. Nie mówiła wtedy ani słowa, patrzyła tylko jak krzyczę. Dziwiło mnie, że nie potrafi sama zacząć. Ale ona wolała słuchać. Odczuwała przy tym jakąś perwersyjną przyjemność.
Zanim zamknęła drzwi, zabrała z półki swój ulubiony shaker.
Wróci nad ranem. Wtedy zamykają Korova Milk Bar.
Nudziłam się w domu, poszłam do niej. Posłuchać, a raczej wypić jedną z historii, które zebrała. Stała jak zwykle, za barem, patrzyła na kukułkę w zegarze, która właśnie wyskoczyła aby wykukać godzinę. Dziwnie fascynujący jest upływ czasu w tym klubie. Kiwnęła na mnie głową i pozwoliła usiąść blisko. Wyciągnęła shaker. Otworzyła kilka fiolek. Poczułam zapach przerażenia i pasji. Dzisiejszy drink zaprawiła Efectinem. Lubiłam jej pomysły.
I wtedy wszedł, kopiąc drzwi. Głośny i uśmiechnięty. Po drodze do baru mrugnął porozumiewawczo do kilku dziewczyn, posłał zawadiacki uśmiech. Gdy zobaczył mnie, jego uśmiech jakby trochę zbladł. Podszedł do Jenny.
- DLACZEGO OBSŁUGUJESZ INNYCH KLIENTÓW? NIE MAJĄ HISTORII DO OPOWIEDZENIA - rozsiadł się wygodnie, o ile tak się dało na barowym krześle; jednak wyglądał jakby było mu wygodnie.
- To moja praca - odpowiedziała Barmanka i podała mi mojego drinka, potem zwróciła się do Chapela - Nie jesteś jedyny.
- ALEŻ JESTEM. - roześmiał się patrząc jej w oczy. - DAJ MI DRINKA. DARMOWEGO!
- Proszę. - podała mu szklankę z mlekiem; wszystkie drinki zawierały mleko. - Zapłacisz opowieścią.
- MIAŁ BYĆ DARMOWY MAŁA.
- Jest, opowieść to nie cena. Historia to nie pieniądze. - odwróciła się plecami, zaczął mówić.
Nie słuchałam go, Efectin i przerażenie zmieszane ze sobą dały swój efekt. Byłam w siódmym niebie spokojności i wizji malowniczych, niczym kolorowe motyle, bańki mydlane. Piękne. Nie zauważyłam kiedy wyszedł. Barmanka patrzyła jeszcze chwilę na drzwi, za którymi zniknął.
- Lubisz go Jenny? - zagaiłam rozmowę, czekałam aż mnie sprowokuje do kłótni.
- Lubię słuchać - ucięła.
Dzisiaj była zmęczona, nie miała siły na sprzeczki.
- OŻ W DUPĘ! - warknął Chapel usiłując się wyrwać, sznur był mocny, a krzesło nie miało zamiaru się rozwalić - COŚ TY MI ZROBIŁA?!
Barmanka poprawiła włosy zgrabnym ruchem ręki. Upiła mały łyk z kieliszka, odetchnęła i odwróciła się w jego stronę. Chapel rozejrzał się po pomieszczeniu, to z pewnością było zaplecze, ale nie pamiętał do końca jak się na nim znalazł i jakim cudem Jenny go przywiązała do krzesła. Wyciągnęła zza pleców strzykawkę z długą, ostrą igłą. Wzdrygnął się na ten widok. Jasnobłękitny płyn majaczył dziwnie w mdłym świetle lampki. Pochyliła się nad nim i szepnęła mu do ucha.
- Spokojnie Chapel. Obiecuję, że nie będzie bolało. Tylko się nie ruszaj - miała miły głos, zbyt miły; irytowało go to.
- BĘDZIE KURWA BOLAŁO! JAK DIABLI!!! - szarpał się na krześle.
- Tylko jak się będziesz wiercił. Nie bądź dzieckiem, to tylko igła.
- NIENAWIDZĘ KURWA IGIEŁ. JAK TYLKO STĄD WYJDĘ TO...
- To co? - przerwała mu, ton głosu był kpiący - Powiem Ci co. Nie będziesz nic pamiętał, poza dobrymi drinkami z Korova Milk Bar.
- CO TY CHCESZ MI WSTRZYKNĄĆ?!
- Serum prawdy. - podeszła i wymierzyła igłę - No proszę, nie wierć się, bo nie trafię.
- CZEGO CHCESZ?! - uspokoił się odrobinę, czemu jednak przeczyły zaciśnięte oczy i zęby.
- Historii, której mi nie opowiesz przy drinku. Bądź dzielny Chapel. - zaśmiała się cichutko - Nie będzie bolało.
- AKURAT.
Weszłam na zaplecze i od razu pożałowałam swojej decyzji. Nie zauważyła mnie, jak chciała to była głucha na wszystko. Siedziała na krześle, naprzeciwko Chapela. Rozmawiali. Pierwszy raz w życiu widziałam, że mówi, nie słucha. I on mówił. Ich rozmowa wyglądała dziwnie, plątały się im języki. Jakiś płacz, szloch, krzyk, gniew. I te oczy. Jedno i drugie patrzyło tak dziwnie. Nie wytrzymałam, musiałam wyjść.
- Ty płaczesz. - barmanka stwierdziła bardziej niż spytała.
- TY TEŻ. - warknął w jej stronę.
- Ja też. - zgodziła się z nim. - Chcesz chusteczkę?
- NIE.
- Zapomnisz o tym rano, będziesz pamiętał tylko dobre drinki w Korova Milk Bar.
- A TY?
- Ja też zapomnę, szybko zapominam, dlatego zbieram historie w fiolki.
Zamilkli. Jenny podała mu szklankę.
- Pij Chapel. To dobry smak.
Miałeś dość stania przed klubem, wiedząc że tam nie wejdziesz. Jak na dnie dziewiątego piekła, bo życie nie ułożyło się dokładnie tak jak chciałeś. Chcesz mieć łazienkę wielkości boiska do piłko nożnej, kartę kredytową bez limitu, łatwe dziewczyny i tanie narkotyki. Chcesz jadać kolację z gwiazdami kina, mieć złotą gwiazdę na bulwarze w Hollywood, ubierać się w najnowsze trendy. Być trendem, zjawiskiem, hitem. Chcesz mieć klucz do rezydencji Hilton, umawiać się z dziennikarzami i spóźniać się na wywiady. Być pięknym, młodym i bogatym.
Wszyscy chcemy być gwiazdami rocka, jeździć po świecie w piętrowych autobusach. Mieć łatwe panienki i tanie narkotyki. Bujać się po drogich klubach razem z innymi. Chować się po prywatnych pokojach, ze słownikiem kto jest kto. Dostawać wszystko za ten szalony uśmieszek. Chcemy być gwiazdami rocka.
A ty chcesz wymienić swoje życie na sławę i szczęście. Nawet zmieniłeś imię i fryzurę.
Nickleback - Rockstar
"Osobowość unikająca (lękliwa) (łac. personalitas anxifera, ang. avoidant personality) jest zaburzeniem osobowości, w którym na pierwszy plan wysuwają się trudności w kontaktach społecznych i unikanie ich (skrajna introwersja), mimo dążenia do bycia akceptowanym i pragnienia relacji interpersonalnych oraz zaniżona nieprawidłowa samoocena (w większości przypadków, bo nie zawsze). W odróżnieniu od osobowości schizoidalnej i osobowości schizotypowej, w przypadku osobowości unikającej przeżywane jest cierpienie z powodu braku umiejętności wiązania się z innymi ludźmi i wycofywania się.
Osoby dotknięte tym zaburzeniem wykazują chroniczną postawę unikającą wobec ludzi, ryzykownych sytuacji i wyzwań, popadają w społeczną izolację. Wynika to z nadmiernej wrażliwości, zwłaszcza z nieradzenia sobie z przejawami odrzucenia, upokorzenia lub poczuciem wstydu. Unikanie związków z innymi ludźmi jest konsekwencją przewidywania, że zostanie się upokorzonym lub odrzuconym; jedynie przejawy bezwarunkowej akceptacji umożliwiają nawiązanie bliższych relacji interpersonalnych.
W przeżywaniu na pierwszy plan mogą wysuwać się objawy depresji, lęku, fobii (szczególnie fobii społecznej - niektórzy znawcy określają osobowość unikającą wręcz jako skrajny przypadek tej fobii), a także gniewu, który wynika z niepowodzeń w relacjach społecznych. Zachowania podobne do przejawów osobowości unikającej spotyka się u dzieci (zespół unikania), czasami rozwój osobowości prowadzi jednak do utrwalenia cech osobowości o analogicznej formie, co w słabszym nasileniu należy traktować jako typ, a nie zaburzenie osobowości.
Osoby z zaburzeniem osobowości unikającej mogą nie zdawać sobie sprawy co jest rzeczywistym źródłem ich zahamowań. Mogą też wydawać się pozornie oziębłe emocjonalnie, ponieważ boją się okazać swoje uczucia.
Kryteria diagnostyczne ICD-10
1. stałe napięcie i niepokój,
2. poczucie nieatrakcyjności indywidualnej,
3. koncentracja na krytyce,
4. niechęć do wchodzenia w związki,
5. ograniczony styl życia – zapewnianie sobie fizycznego bezpieczeństwa,
6. unikanie kontaktów społecznych z obawy przed krytyką, nieakceptacją, odrzuceniem.
Kryteria diagnostyczne DSM-IV
1. unikanie działalności zawodowej, która wymaga znaczących kontaktów interpersonalnych, spowodowane obawami przed krytyką, dezaprobatą lub odrzuceniem,
2. niechęć do wiązania się z innymi ludźmi, z wyjątkiem niektórych lubianych osób,
3. powściągliwość w związkach intymnych spowodowana obawą przed zostaniem zawstydzonym lub wykpionym,
4. zaabsorbowanie krytyką lub odrzuceniem w sytuacjach społecznych,
5. powstrzymywanie się przed wchodzeniem w nowe relacje interpersonalne z powodu poczucia niedopasowania (ang. feelings of inadequacy),
6. postrzeganie siebie jako społecznie niekompetentnego, niepociągającego lub gorszego od innych,
7. niezwykła niechęć do podejmowania osobistego ryzyka lub do angażowania się w jakiekolwiek nowe działania, ponieważ mogą one okazać się kłopotliwe.
Osobowość asteniczna jest pojęciem zbliżonym do pojęcia osobowości unikającej. Chodzi tu jednak bardziej o jednostki skłonne do wątpliwości i wahań, którym trudno przychodzi podjęcie jakiejkolwiek decyzji. Niewielka jest dynamika życiowa (aktywność ukierunkowana na zewnątrz). Łączy się to z niepewnością i nieśmiałością w kontaktach społecznych, przy jednoczesnym pragnieniu bliskości. Osoby takie skłonne są do introspekcji, mają bogate zainteresowania intelektualne i estetyczne, są wrażliwe i empatyczne; samoocena jest na ogół zaniżona, chociaż odnoszą duże sukcesy w dziedzinach nie wymagających przedsiębiorczości i walki konkurencyjnej.
Przy diagnozowaniu osobowości astenicznej należy zwrócić szczególną uwagę na wykluczenie łagodniejszych form całościowych zaburzeń rozwoju, np. spektrum autyzmu."
(wikipedia)
Dlatego lubię Barmankę.
Dziewczyna odeszła od baru, ocierając jeszcze ostatnie krople mleka z ust. Jenny patrzyła za nią chwilę i wróciła wzrokiem do Chapela. Mówił już od ładnych kilkunastu minut, rejestrowała każde słowo uważnie, jednak wyraz twarzy miała taki jak zwykle. Życzliwy, wystudiowany uśmiech numer piętnaście. Nawet on zauważył, że je numerowała. Na małych karteczkach za ladą. "Uśmiech numer 1 - jak przyjdzie rudy", "Uśmiech numer 2 - jak pojawi się anielica". Usiłował jej nawet powiedzieć, że to trochę głupie. Jednak Jenny nie zwracała na to uwagi.
- CO JEJ PODAŁAŚ? - spytał nagle.
- To co zwykle, mleko z nożem. - odpowiedziała przecierając szklankę.
- MA CORAZ MĘTNIEJSZE OCZY. ZA KAŻDYM RAZEM GDY TU PRZYCHODZI.
- Jej historie są coraz banalniejsze. Mniej ważne, drinki są słabsze - uśmiechnęła się, tym razem to był numer 21, zarezerwowany specjalnie dla niego.
- DAJ MI JESZCZE JEDNEGO JEN.
- Jenny - poprawiła go - Barmanka.
Znów mówił, a ona słuchała z zainteresowaniem. Dziewczyna, która wyszła z baru, leżała teraz przy wejściu. Zakrwawiona, bezbronna, sama. Jej historie były banalne, a drinki coraz słabsze. Nikt nie reagował.
Wyszła na zaplecze, zabrakło mleka, fiolek, historii. Sięgnęła do szafki. Fioletowa ciecz wydawała się być mętna, tylko by po chwili zmienić się w coś mieniące się feerią barw. Uśmiechnęła się do siebie i odkorkowała. Wlała kropelkę do mleka i wypiła jednym haustem. Jej własna historia smakowała dziś inaczej niż ostatnim razem. Oblizała usta i odwróciła się powoli.
- CO TO ZA NOWY DRINK? - pomarańczowa kurtka zamajaczyła jej przed oczami.
- Zwyczajny - poprawiła włosy, śliskie i czarne, jak węże.
- DAJ MI! JA TEŻ CHCĘ. GORGONO.
- Jeszcze nie teraz. - zaśmiała się chrypliwie, coś było dziwnego w tym głosie. - Gorgono?
- MASZ WĘŻE NA GŁOWIE.
- Idź do baru. Dostaniesz swojego drinka.
Wyszedł po krótkiej chwili. Wyjęła jeszcze kilka fiolek i zmieszała ich zawartość w szakerze, dopełniła mlekiem. Fioletową schowała do szafki i zamknęła na klucz.
Niektóre historie najlepiej smakują, jak się ich nie próbuje od razu.
Wyprowadziła ich ochrona. Dziwna to była ochrona, o anielskiej twarzy i burzy kręconych włosów. Jenny odetchnęła z ulgą. Chapel przyjrzał się jej badawczo, czyżby się zdenerwowała? Nie, to niemożliwe. Barmanka była ostoją spokoju. Nawet gdy klienci wyciągali ostrza ona patrzyła jakby nieobecna. A może była po prostu głupia. Nie, nie była. Podała szklankę ochroniarzowi, on obejrzał ją ze wszystkich stron, powąchał.
- Twój pierwszy drink tutaj - stwierdziła z uśmiechem.
- tak - spróbował, było całkiem niezłe - nie mam historii do opowiedzenia.
- KAŻDY MA! - wtrącił się Chapel.
- ja nie mam. - wypił parę łyków i znów poszedł na bramkę.
- KTO TO? - spytał barmanki.
- Ochroniarz. Lampka. Pilnuje aby tu nie było burd.
- A DLA CIEBIE TO KTO? - miał ochotę podrążyć chwilę, wyczuwał szansę na rozmowę.
- Ochroniarz Lampka. - pokręciła głową - Co mi dzisiaj opowiesz Chapel?
- MYŚLAŁEM, ŻE TY COŚ OPOWIESZ, ALE SKORO TAK TO SŁUCHAJ.
Jenny usiadła za barem, oparła się na łokciach. Znów słuchała kolejnej opowieści. Chapel mówił, lubił mówić. Jednak nie chodziło tu o słowa. Ona słuchała JEGO historii. Była ciekawa.
- Chapel. - podała mu mleko z nożem.
- TAK?
- Dziś zamykam wcześniej, musisz się zbierać.
- TAK JEST, PANI BARMANKO - roześmiał się.
Nie czułam się najlepiej. Zupełnie się nie czułam. Gdy wychodziła postawiła na szafce kubek gorącego mleka. Bez noża. Gdy chciałam spytać dlaczego, machnęła tylko ręką. Spieszyła się. Otworzyła drzwi wejściowe ogromnym, mosiężnym kluczem. Skrzypnęły, jęknęły, westchnęły, by potem z cichym szeptem rozsunąć się. Stanęła za barem i przetarła ladę. Już niedługo przyjdą.
- JENNY! - pojawił się w środku nocy, jak to miał w zwyczaju.
- Witaj Chapel. To co zwykle? - spytała siląc się na prawdziwy uśmiech, jednak nadal widział ślady numeru 21.
- OPOWIEDZ MI BAJKĘ.
- Bajkę. Mogę wymieszać w drinku prawdę i fałsz. Wpleść w historię sens, którego nie zrozumie nikt prócz mnie. MOgę zacząć lub przestać grać. Ale wtedy pryśnie urok i nikt już tu nie przyjdzie. - wyszeptała, głos miała zakurzony, jakby dawno nie używany.
- MÓW DALEJ - popijał drinka, którego mu podała w międzyczasie.
- Mogę kłamać natchnionym głosem i układać na ustach domino, chociaż nie chcę. Płynę gdzieś w nurcie mleka. Nie umiem opowiadać. - roześmiała się czysto, zbyt czysto.
Patrzył na nią jakby trochę zdziwiony, lecz nie dawał po sobie tego poznać. Barmanka w tym czasie przymknęła oczy. Miał wrażenie, że pod powiekami zamknęła ogień.
Chapel wyszedł z Korova Milk Bar jako jeden z ostatnich. Został tylko Ochroniarz Lampka i Jenny. Przecierała leniwie bar, świtało. Z radia z początku popłynęła smętna muzyczka, potem jej tony jednak się zmieniły. Wsłuchiwała się uważnie w tekst piosenki, którą postanowili puścić o 5 rano. Lampka palił papierosa i kartkował jakąś grubą knigę.
- Nie słuchasz Lampka? - podniosła głowę analizując tekst w swojej głowie.
- słucham, ale nie piosenki - mruknął prawie niedosłyszalnie - słucham ciebie.
- Ja nigdy nic nie mówię. - zdziwiła się.
- mówisz.
Komentator ogłosił, że dzisiejszy czas to PRZETRWANIE. Wyobraźcie sobie wyblakłą przyszłość i wrzućcie ją w ciemność, mówił. Popełniamy błędy wczorajszej chwili i snu, modląc się o spokój sumienia. Kiedy nadejdzie ostatni dzień tej ziemi, a zamknięta w nas żądza przerwie więzy, staniemy się Adamem i Ewą tego świata. Mówił jeszcze, że trzeba żyć twardo, nawet jeżeli czasem się żałuje. Najważniejszy jest nie cel, do którego dążymy, ale wędrówka do niego.
Jenny spojrzała przez przydymioną szybę. Jasne promienie budzącego się słońca rysowały niebo.
- Zamykamy na dziś. Chodź Lampka - podążył za nią i zamknął drzwi stalowym kluczem, nigdy nie lubił mosiądzu.
Lampka znów kartkował jakąś książkę, dzisiaj było spokojnie, więc nie musiał poświęcać pełnej uwagi. Barmanka przysypiała, mało ludzi, późna noc. Drzwi skrzypnęły przeciągle, ten dźwięk szybko ją otrzeźwił. Pomarańczowa kurtka. Poniosła głowę i uśmiechnęła się życzliwie. Profesjonalnie. Chapel nie lubił wystudiowanego uśmiechu, ale rozumiał jego zasadność.
- OPOWIEDZ MI COŚ.
- Ja nie opowiadam historii Chapel - postawiła przed nim szklankę, zanim zapytał o drinka.
- OPOWIEDZ JENNY! - uśmiechnął się bezczelnie.
- Tylko jedną. Anielica żyje, ale po wypadku nie wyszła za mąż. Czołgistka urządziła wernisaż, na tyle słaby, że wisi w jakimś pubie i jest dodatkiem do precelków i piwa. Dziennikarz stara się dociekać prawdy, ale do tej pory nie przeprosił Kruka za to co wtedy jej powiedział.
- O KIM OPOWIADASZ?
- O ludziach, którzy tu przychodzą. Kudłacz jest matematykiem, nie widzi świata poza cyframi, a Przystojniak już nie jest tak przystojny, jakaś dziewczyna go upolowała na ciąże. Jest ich wielu, a ja zbieram ich słowa, opowieści i zamykam w puzderka.
- NIC NIE POWIEDZIAŁAŚ JENNY. ZUPEŁNIE NIC.
- Powiedziałam dużo słów - odwróciła się plecami i sięgnęła po butelkę mleka z górnej półki.
Lampka nie zwracał uwagi na jej słowa, słuchał barwy głosu. I jej i Chapela. Jenny otworzyła mleko, zrywając sreberko, a Chapel pił drinka i uśmiechał się jak zawsze.
Oddech był ciężki jak stal, jak gruz. Matka wstrzymała ból, było słychać tylko niechciany płacz. Dziecko, Ubrane w szepty duchów nienazwanych. Te wszystkie twarze szare, oprószone popiołem, które tańczyły przed oczami kobiety. Nie prosiły, żądały tego dziecka. Na własność, tylko dla nich. Promień uczuć. Horyzont zdarzeń. Wszystko się rozmyło, gdy zostawiła noworodka pod drzwiami chaty należącej do leśnej wiedźmy. Małą dziewczynkę o alabastrowej skórze i ametystowych oczach. Jak pyłek we włosach Ojca Czas. Oddech stał się lekki jak głaz. Jak wezbrane szczęście. Tego dziecka nigdy nie było. To tylko zły sen. Koszmar, który prysł niczym mydlana bańka. Nikt się przecież nie dowie. Tylko czerwony księżyc, niczym krwawy portret zawieszony na satynowej fakturze nieba, widział wszystko.
***
Tej nocy przyszła na świat. Dziecko przeklętych, czysta niczym śnieg, oblubienica demonów. Martwa dla innych, jak słowo niewypowiedziane. Jak z nagła obudzone niemowlę. Gdzieś pomiędzy oddechem świec i cieniem. Niezłomna prządka ciszy. Ten chory sen, któremu zaprzeczyła jej prawdziwa matka był źródłem prawdy, u którego miała kiedyś klęczeć co noc. Kwilenie rozwiało chmury. Brak pytań gdy gaśnie nienazwane jeszcze życie. Trzask drewna w kominku. Skrzekliwy, ale dziwnie kojący głos i intensywny zapach ziół. To będzie nosić w sobie już na zawsze. Na wzgórzu usypanym ze słów.
***
Jednak tej nocy sen się nie skończył. Wiedźma otuliła dziecko lnianym suknem, zawiązała czerwoną wstążkę na kruchym nadgarstku niemowlęcia. Mruczała coś pod nosem. A w świetle ognia jej twarz wydawała sie być jeszcze bardziej poorana bliznami niż zazwyczaj. Pomruk był pełen irytacji.
- Który to z Bogów obdarzył mnie takim "dobrodziejstwem" - zarechotała poirytowana starucha - Kto zesłał na mnie taką klątwę. Czym się wam naraziłam psubraty. - po tych słowach splunęła w kąt izby.
Dziecko zaczynało kwilić. Podniosła się ciężko z drewnianej ławy i nachyliła nad bielusieńką kruszynką.
- Nazwałabym Cię Żal, bo pewnie to odczuwała twoja wyrodna matka rodząc bękarta - niemowlę na te słowa zamrugało oczami - Ale nie nazwę cię tak ty mały utopcu. Jeszcze nie wiem czy przeżyjesz córko południcy.
Znów wybuchła skrzekliwym śmiechem. Jakby zakurzonym. Zdmuchnęła świecę. Dym rozmył się tak jak kolejne kilkanaście lat. Pamięć potrafi płatać figle
***
Gdy patrzyła na stos pogrzebowy tej, którą zwała matką, czuła tylko ostry zapach ziół. Słyszała ten śmiech. Łzy? Nie to tylko krople deszczu. Jak szczęście wezbrane. Roześmiała się. Czysty, dźwięczny głos kobiety. Przepełniony dziwnym spokojem.
***
Znów księżyc, krwawy portret na satynie nieba. Patrzyła jak płonął jej dom. Na pięciu ludzi boga. Była jak martwa gdy odbierali jej niewinność. Śnieg. Lód ranił bose stopy, gdy biegła przez las. Miała nadzieję, że dopadną ją. Zakrzywionym nożem poderżną jej gardło. Jej - leśnej wiedźmie.
- Demonica, dziwka śmierci, trucicielka...
Te słowa wciąż w jej głowie, tańczyły niesamowity balet myśli. Płatki śniegu zdobiły srebrnymi diamentami włosy dziewczyny. Nie zadała sobie trudu, by otulić się szczelniej płaszczem, gdy lodowaty wiatr smagał jej twarz. Przed oczami błysnęło światło. jakaś sylwetka zamajaczyła w oddali. Matka?
- Matko to ty? - upadła zemdlona.
Przyglądał się tej scenie z niemym zainteresowaniem. Zjawa leżała na ziemi, nad nią pochylała się Jenny. Lampka obserwował dyskretnie drzwi wejściowe. Było jeszcze pusto, ludzie przyjdą za kilkanaście minut, może więcej. On dzisiaj postanowił wpaść tuż po otwarciu. Sam się teraz zastanawiał czy to był dobry pomysł. Blada Zjawa oddychała bardzo wolno, chyba z każdą sekundą traciła w oczach to, co nazywa się życiem albo blaskiem. Jenny nachyliła się nad kobietą i pocałowała jej spierzchnięte usta. Potem przytknęła do ich kącika dalię.
- Pomiędzy promieniami światła oczekujesz ostatecznego. Cicho obejmują Cię, gasnąca piękności. Nikt Cię nie złamie. - radio włączyło się niespodziewanie i z głośników zaczęła sączyć się spokojna muzyka - Kochając Cię, aż do mgnienia szaleństwa, nigdy się już nie rozstaniemy - dalia przytknięta do ust zmieniła kolor na granatowy, Jenny zabrała ją delikatnie.
- to już? - spytał Lampka.
- Już - odpowiedziała i podniosła głowę patrząc na Chapela - Zjawa opowiedziała ostateczną historię.
"Żegnaj swingująca melancholio. Na zawsze. Uśmiechaj się w chmurach - chociaż Ty". Zjawa zanikała, aż w końcu nie pozostało po niej nic, nawet wspomnienie. Jenny poirytowanym ruchem wyłączyła radio i stanęła za barem. Ludzie zaczęli się schodzić. Wstawiła granatową dalię do szklanki i zwróciła się do Chapela.
- Masz ochotę na drinka?
- Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia, czy mam przejść koło Ciebie jeszcze raz? - mruknęła pod nosem.
- hm? - Lampka podniósł głowę - masz coś konkretnego na myśli?
- Nie, tak, nie wiem. Może jego, albo ją - pokazała ruchem głowy.
- ZWYKLI LUDZIE. JA TAM BYM SIĘ NIE ZAKOCHAŁ - wtrącił się Chapel, który kończył już trzeciego drinka. - A TY LAMPKA?
- pracuje tu, nie mam czasu na miłość.
- TOBIE SIĘ KIEDYŚ ŻYCIE SKOŃCZY I NAWET NIE ZAUWAŻYSZ - zaśmiał się bezczelnie.
- Tobie za to kończy się drink - podsumowała Jenny.
- FAKT. NALEJ NASTĘPNEGO.
Państwa powstawały i upadały. Ludzie się rodzili i umierali. Kolejne ziarno w klepsydrze spadło na dno. Zakochani pili wspólnego drinka przez słomki zwinięte w serduszko. Jenny widywała czasem Zakochanych w Korova Milk Bar. Uśmiechała się życzliwie gdy zamawiali ten sam drink, wybierali to samo miejsce. Jedyne co się zmieniało to on albo ona. Widocznie taka była między nimi rotacja. Pamiętała pierwszą dwójkę, ich losy splatały się z losami reszty. Była ciekawa kto będzie ostatni na końcu łańcucha pokarmowego. Na razie tylko zbierała opowieści.
- UWAŻASZ, ŻE TO PRAWDZIWA MIŁOŚĆ? - zagadnął ją.
- Każda miłość jest prawdziwa. - odpowiedziała.
- tylko nie każda trwa wiecznie - dodał ochroniarz.
Zapadło przyjemne milczenie.
Nie mógł uwierzyć własnym oczom, zamrugał kilkakrotnie, ale obraz się nie zmienił ani na jotę. Był trzeźwy, nie zdążył jeszcze wypić żadnego drinka. W grę wchodziła utrata zmysłów lub naprawdę niezwykła sytuacja. Lampka pochylał się nad jakimś biedakiem w ciemnym zaułku. Niby nic niezwykłego, ale Ochroniarz miał skrzydła i to na dodatek trzy pary. Wielkie, białe i pierzaste. Złote włosy falowały na wietrze. Nad głową błyszczała aureola. Prawie niknął w poświacie białego stroju. Szeptał coś melodyjnym głosem. Po chwili zamilkł. Skrzydła powoli wsuwały się w skórę, ignorując materiał ubrania. Świetlistą twarz wykrzywił grymas bólu. Wszystko wróciło do normy. Poświata znikła, a Lampka wszedł do Korova Milk Bar tylnym wejściem.
- NIE UWIERZYSZ W TO CO WIDZIAŁEM JENNY! - zawołał Chapel tuż od progu.
- Przekonamy się, opowiedz - mieszała kolejnego drinka.
- LAMPKA TO ANIOŁ. MA SKRZYDŁA I AUREOLĘ.
- I tatuaż w kształcie krzyża na policzku - spojrzała w stronę Ochroniarza, który niczym nie zrażony czytał książkę.
- WIEDZIAŁAŚ O TYM? JAK ON TU TRAFIŁ?
- Spadł z nieba i zabłądził. - wyjaśniła życzliwie.
- ziemia jest duża - wtrącił Lampka i znów wrócił do kartkowania.
- I ZOSTAŁ OCHRONIARZEM.
- Jest w tym dobry - zaśmiała się chrypliwie i cicho.
- W TO NIE WĄTPIĘ. - spojrzał na mężczyznę siedzącego w kącie; był dobrym ochroniarzem.
Świtało, drzwi otworzyły się z hukiem. Jenny na początku myślała, że to Chapel, zapomniał czegoś, albo postanowił wpaść znów. Jednak to nie był Chapel. Szczupła kobieta w idealnie skrojonej czarnej garsonce, z burzą czerwonych włosów, postrzępionych jak u potępieńca właśnie przekroczyła próg Korova Milk Bar. Szefowa. Minęła Lampkę bez słowa posyłając mu tylko zbolałe spojrzenie. On skinął głową i wrócił do czytania, widocznie nie była w najlepszym nastroju. Jenny postawiła na ladzie szklankę mleka z vicodinem.
- Będziemy Mieć Straty Jenny - usiadła i spojrzała w sufit z rezygnacją.
- Nie będziemy. Nigdy nie mamy - Barmanka położyła jej dłoń na ramieniu - Nie masz się o co martwić Nervik.
- W Kasie Same Pustki, Klientów Brak. Zobacz Teraz Też Nikogo Nie Ma.
- W kasie zawsze są pustki, ale to nie znaczy że są straty. A jest pusto bo zamknęliśmy pół godziny temu.
- nie denerwuj się tak, to ci szkodzi. - mruknął Lampka życzliwie.
- Jak Tu Się Nie Martwić - westchnęła teatralnie.
- Napij się Nervik. Dobrze Ci to zrobi.
Kobieta tylko potrząsnęła czerwonymi kosmykami i wypiła drinka jednym haustem. Ciężko być Szefową Korova Milk Bar.